Leżała opleciona satyną problemów dogłębnie przekłuwającą jej duszę. To było już nie do wytrzymania.
Ta przerażająca profuzja, świat bez subtelności, nieustanna zazdrość, kalectwo, pycha, udawanie. Idziesz ulicą i czujesz się jak w teatrze, czy tak musi być?
To ją zaczęło przerastać. Odłożyła swoją osobowość i zmartwienia na nocny stolik. Ulżyło jej.
Nic jej już nie przygniatało. Utęskniona wolność napawała ją pięknem.
Poczuła dawny zapach życia. Spalone świece, ciepło, bergamotkę, wilgoć materiału, krusząca się duszę. Każdy kawałek był innym doświadczeniem, tworzącym zupełnie czysty wyjątkowy obraz, którego nie potrafiła wcześniej dostrzec.
Mogła leżeć i prosić o inną siebie, której nie potrzbowała
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz